Vi Keeland daje mi dokładnie to, po co do niej przychodzę. Często to powtarzam, ale taka jest prawda. Uwielbiam sposób, w jaki tworzy bohaterów, ich dialogi, zabawne wstawki i sceny, które z pozoru są zupełnie niewinne, a ostatecznie prowadzą do tej jednej, wielkiej miłości. I kiedy dowiedziałam się, że tym razem zabiera nas do Toskanii, właściwie nie potrzebowałam dodatkowej zachęty.
Allegra zdecydowanie nie przyjeżdża do Włoch szukać miłości ani nowego początku. Chce uporządkować sprawy po śmierci babci, sprzedać odziedziczony majątek i jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku. Problem w tym, że babcia miała wobec niej inne plany. Jeśli Allegra chce otrzymać spadek, przez trzy miesiące musi mieszkać w Toskanii i prowadzić jej podupadający sklep z antykami.
A skoro mamy Toskanię, winnice i bohaterkę przyzwyczajoną do nowojorskiego tempa życia, potrzebujemy jeszcze tylko jednego elementu. Przystojnego Włocha.
I tutaj pojawia się Matteo, winiarz dzierżawiący ziemię należącą do rodziny Allegry. Uparty, spokojny i absolutnie niezainteresowany jej imponującym CV. Ona najchętniej wszystko zrobiłaby natychmiast, on najwyraźniej nie widzi żadnego powodu, żeby się spieszyć. Ona odlicza dni do powrotu. On powoli pokazuje jej, że może wcale nie powinna tak niecierpliwie na niego czekać.
Bardzo lubię romanse, w których miejsce akcji naprawdę ma znaczenie, a tutaj Toskania nie jest jedynie ładnym tłem. Vi Keeland wykorzystuje ją do pokazania zmiany zachodzącej w Allegrze. Im dłużej bohaterka zostaje we Włoszech, tym bardziej zaczyna kwestionować życie, do którego tak desperacko chce wrócić. Czy sukces naprawdę musi oznaczać kolejny szczebel kariery? Czy zwolnienie zawsze oznacza rezygnację z ambicji? I co, jeśli życie, które tak długo budowaliśmy, przestało być tym, którego naprawdę chcemy?
Na szczęście nie robi się przy tym przesadnie poważnie. Nadal dostajemy Vi Keeland w wydaniu, które najbardziej lubię: chemię między bohaterami, świetne przekomarzanki, humor, napięcie i odpowiednią dawkę spicy scen. Matteo natomiast… cóż. Winiarz z Toskanii, który potrafi sprawić, że ambitna nowojorska prawniczka zaczyna zastanawiać się nad całym swoim życiem? Nie zamierzam udawać, że jestem odporna.
Podobało mi się również to, że pod romantyczną otoczką kryje się historia o zaczynaniu od nowa i odwadze potrzebnej do przyznania przed samym sobą, że nasze marzenia mogą się zmienić. Allegra nie musi porzucać siebie, żeby odnaleźć szczęście. Musi raczej zastanowić się, czy przez lata nie realizowała wizji życia, która już do niej nie pasuje.
A Vi Keeland, jak to Vi Keeland, zostawiła sobie jeszcze małą niespodziankę, o której oczywiście nic więcej nie napiszę. Powiem tylko, że bardzo lubię, kiedy romans potrafi mnie czymś zaskoczyć, bo przecież wszyscy mniej więcej wiemy, dokąd zmierzamy. Najważniejsze jest więc to, jaką drogą tam dotrzemy.
„The Fall Affair” dało mi dokładnie to, czego potrzebowałam: kilka godzin w Toskanii, winnice, jesienny klimat, świetną chemię i romans, przy którym po prostu dobrze się bawiłam. A jeśli przy okazji można zakochać się w upartym włoskim winiarzu… uznajmy to za dodatkową atrakcję wyjazdu. 🍷🍂



Świetna recenzja. Też bardzo cenię u Vi Keeland to, że potrafi połączyć lekkość, poczucie humoru i ogień z głębszymi refleksjami o zmianie priorytetów w życiu. Toskania, winnica i zderzenie nowojorskiego tempa ze spokojem brzmią jak idealna, klimatyczna ucieczka od codzienności. Przekonałaś mnie do tego tytułu, trafia na moją listę.
OdpowiedzUsuńOj, ta książka brzmi jak idealna lektura na jesienne wieczory! Mamy wspomnienie lata, fajny klimat i fajną historię :D Do tego już tylko kubek herbaty i nic więcej nie trzeba! ;)
OdpowiedzUsuń