Autor: Alek Korab
Wydawnictwo Znak
Ameryka od zawsze była dla mnie jednym z tych miejsc, które chcę zobaczyć na własne oczy. Po przeczytaniu „Chorego (k)Raju” nadal chcę tam pojechać. Ale mieszkać? Chyba jeszcze bardziej niż wcześniej wiem, że nie.
Nie byłam nigdy w Stanach, dlatego też nie mam własnych doświadczeń, z którymi mogłabym skonfrontować to, o czym pisze Alek Korab. Znam Amerykę przede wszystkim z filmów, seriali, książek, mediów i tej całej popkulturowej otoczki, która przez lata skutecznie budowała jej obraz jako miejsca niemal nieograniczonych możliwości. Nowy Jork, Kalifornia, ogromne domy na przedmieściach, uniwersyteckie kampusy, podróże przez kolejne stany… Trudno nie ulec tej wizji przynajmniej odrobinę.
Chory kRaj” tak dobrze mi się czytało. Korab zagląda pod tę atrakcyjną warstwę i pokazuje codzienność, której raczej nie zobaczymy w wakacyjnym planie podróży. Pisze między innymi o ochronie zdrowia, kosztach życia, pracy, edukacji, bezdomności, nierównościach społecznych czy dostępie do broni. O problemach, o których oczywiście wcześniej słyszałam, ale czym innym jest wiedzieć, że istnieją, a czym innym czytać o tym, jak realnie wpływają na życie ludzi.
Nie tyle szokowała mnie kolejnymi „strasznymi faktami o Ameryce”, ile zmuszała do zastanowienia się nad ceną życia w kraju, który tak skutecznie sprzedał światu własny mit.
Podobało mi się również to, że Korab pisze z perspektywy człowieka, który w Stanach rzeczywiście mieszka i jest z nimi emocjonalnie związany. Nie jest turystą wracającym po dwóch tygodniach z gotową diagnozą całego kraju. Ta Ameryka jednocześnie go fascynuje, męczy, daje mu możliwości i wystawia za nie rachunek. Dzięki temu dla mnie ta książka nie była po prostu opowieścią pod tytułem „USA są okropne”. Jest raczej próbą zajrzenia za kulisy kraju, który z daleka bardzo łatwo idealizować.
Momentami łapałam się też na porównywaniu opisywanych sytuacji z życiem w Polsce i myśleniu o rzeczach, które na co dzień uznajemy za oczywiste, dopóki nie zobaczymy, że gdzie indziej funkcjonują zupełnie inaczej.
Po lekturze nadal chcę zobaczyć Stany. Bardzo. Chcę przejść się ulicami Nowego Jorku, zobaczyć miejsca znane mi dotąd tylko z ekranu i przekonać się, jak ta Ameryka wygląda na żywo. Tyle że jeszcze wyraźniej oddzielam teraz Amerykę, którą chciałabym odwiedzić, od Ameryki, w której miałabym prowadzić zwyczajne życie.
„Chory (k)raj” zostanie ze mną na dłużej. Nie sprawił, że przestałam być ciekawa Stanów. Wręcz przeciwnie. Sprawił jednak, że zaczęłam patrzeć na nie z trochę innej perspektywy.
Bo można marzyć o podróży do jakiegoś kraju, nie marząc jednocześnie o życiu w nim.
Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Znak
.jpg)



Nie słyszałam jeszcze o tej książce, ale mnie zaciekawiła i myślę, że też ją przeczytam. Tytuł zapisany. ;)
OdpowiedzUsuńJa bym chciała zobaczyć kanion Colorado i spotkać w Stanach Stephena Kinga.
OdpowiedzUsuńPrawdziwa wartość reportażu polega właśnie na tym, że zamiast niszczyć ciekawość świata, uczy nas patrzeć na niego bez iluzji. Bardzo trafnie ujęłaś tę granicę między fascynacją a codzienną rzeczywistością. Często zapominamy, jak wielkim przywilejem są rzeczy, które u nas uznajemy za oczywistość, dopóki nie zobaczymy, ile kosztuje zwykłe życie w miejscu z powszechnych mitów. Piękna, głęboka refleksja po lekturze.
OdpowiedzUsuń