„Epoka alchemii” okazała się dokładnie taką książką, jakiej potrzebowałam na październik. Jest w niej coś idealnie pasującego do tego momentu roku, kiedy zewsząd otacza nas klimat magii, tajemnic i trochę mroczniejszych historii. Najlepsze jest to, że za opowieściami o eliksirach nieśmiertelności, próbach produkowania złota i eksperymentach balansujących na granicy szaleństwa kryje się prawdziwa historia nauki.
Przede wszystkim Kit Chapman świetnie pisze. Bałam się trochę, że przy takiej tematyce dostanę mnóstwo dat, nazwisk, chemicznych procesów i informacji, przez które będę przedzierać się jak przez podręcznik. A jednak nie chcę czytać podręczników, uciekam od nich od zakończenia studiów. Ale spokojnie. Nic z tych rzeczy. „Epokę alchemii” czytałam momentami niemal jak zbiór niesamowitych historii, przy których regularnie zastanawiałam się: zaraz, to naprawdę się wydarzyło?
Co zawiera książka? Wszystko! Są marzenia o nieśmiertelności, trucizny, podrabiane złoto, niebezpieczne eksperymenty, przypadkowe odkrycia, oszuści, ekscentrycy i ludzie gotowi poświęcić naprawdę wiele, żeby dokonać czegoś, co innym wydawało się niemożliwe.
Najbardziej fascynowało mnie jednak obserwowanie, jak cienka okazuje się tutaj granica pomiędzy magią a nauką. Dzisiaj możemy z pobłażaniem patrzeć na dawne próby stworzenia kamienia filozoficznego czy eliksiru życia, ale Chapman pokazuje, że za wieloma z tych eksperymentów stało coś niezwykle ważnego: ciekawość. Ludzie mieszali substancje, obserwowali reakcje, popełniali błędy, czasem przypadkiem odkrywali coś zupełnie innego, niż zamierzali.
Bardzo podobało mi się również to, że autor nie zamyka historii alchemii w średniowiecznej Europie. Pokazuje znacznie szerszą perspektywę i przypomina o odkryciach oraz eksperymentach rozwijanych w różnych częściach świata. Dzięki temu dostajemy nieprostą historię o tym, jak „alchemia stała się chemią”, ale opowieść o setkach lat ludzkiej pomysłowości, ambicji, błędów i nieustannego przesuwania granic tego, co wydawało się możliwe.
Łatwo śmiać się z ludzi, którzy setki lat temu marzyli o przemienianiu jednego metalu w drugi. Tylko że ostatecznie ludzkość rzeczywiście tego dokonała – po prostu potrzebowaliśmy do tego zupełnie innych narzędzi i fizyki jądrowej.
„Epoka alchemii” jest więc dla mnie przede wszystkim świetnie napisaną książką popularnonaukową, która ani przez moment nie sprawia wrażenia lekcji chemii. Chapman opowiada, zaciekawia, podrzuca kolejne niesamowite historie, a przy okazji pokazuje, że droga do współczesnej nauki była zdecydowanie bardziej dziwna, niebezpieczna i fascynująca, niż mogłoby się wydawać.
A do tego ten klimat! Październik, długie wieczory, wszędzie czarownice, magia i eliksiry, a ja czytam o czasach, kiedy ludzie naprawdę wierzyli, że odpowiednio przygotowana substancja może zapewnić im nieśmiertelność.
Lepszego momentu na „Epokę alchemii” chyba nie mogłam sobie wybrać.
.jpg)