Autorka: Paisley Hope
Wydawnictwo Editio Red
🍂 Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy jakaś książka w tym roku naprawdę mnie rozczarowała. Tak. „Serce na wodzy”.
Nie podchodziłam do niej z ogromnymi oczekiwaniami, ale byłam przekonana, że przynajmniej spędzę kilka przyjemnych godzin na ranczu. Uwielbiam takie klimaty, jestem wielką fanką Elsie Silver, a serię Paisley Hope widziałam już tyle razy w poleceniach, że liczyłam na znalezienie kolejnego kowbojskiego comfort read. Niestety – dawno tak nie wymęczyłam romansu.
Przede wszystkim ta historia była dla mnie absolutnie nużąca. Autorka bardzo dużo opowiada, zamiast pozwolić nam zobaczyć wydarzenia i samodzielnie poznać bohaterów. Dostajemy ekspozycję, kolejne informacje i wyjaśnienia podane niemal zdanie po zdaniu. Chciałam wgryźć się w tę historię, stopniowo odkrywać CeCe, jej przeszłość i to, dlaczego powrót do Laurel Creek jest dla niej tak ważny. Tymczasem większość potrzebnych odpowiedzi dostałam właściwie od razu.
Największym problemem pozostaje jednak dla mnie relacja CeCe i Nasha. Mamy tu wszystko, co teoretycznie powinno działać: powrót do rodzinnego miasteczka, najlepszego przyjaciela brata, dawną znajomość, zakazane uczucie i bohatera, który od dawna coś do niej czuje. Tylko gdzie jest chemia? Gdzie napięcie, przekomarzanki i te drobne momenty, przez które zaczynam kibicować parze, zanim oni sami przyznają, że coś między nimi jest? Tutaj uczucie wydawało mi się wymuszone, a CeCe i Nash nie wyróżnili się dla mnie niczym szczególnym.
Nie pomogły też sceny erotyczne. Było ich sporo, a zamiast podkręcać chemię między bohaterami, często wywoływały u mnie zażenowanie. Tym bardziej brakowało mi wcześniejszego budowania napięcia i emocjonalnej bliskości, dzięki którym późniejsze zbliżenia rzeczywiście coś znaczą.
Najbardziej szkoda mi jednak niewykorzystanego potencjału. Paisley Hope miała wszystkie składniki: Kentucky, rodzinne ranczo, małą społeczność, powrót do domu, byłego hokeistę i kobietę próbującą poukładać życie po toksycznym związku. Miała plan na kowbojski romans, ale zabrakło mi „mięsa”. Środka. Soczystości. Energii.
I właśnie dlatego jestem rozczarowana. Może nie dlatego że „Serce na wodzy” okazało się zupełnie inną książką, niż chciałam, ale dlatego, że widzę w niej historię, którą mogłabym pokochać, gdyby dostała więcej głębi, humoru i prawdziwej iskry między bohaterami. A ponieważ seria jest naprawdę długa, miałam nadzieję, że właśnie znalazłam kolejne książki do pochłonięcia jedna po drugiej. Może chodzi także o styl pisania autorki? Może ona nie ma tego czegoś w swoim warsztacie pisarskim?
Na razie jednak moje spotkanie z Laurel Creek kończy się na pierwszym tomie. 🍂



Bardzo ciekawie i konkretnie przedstawiłaś swoje odczucia 🍂❤️ Lubię takie recenzje, w których nawet przy rozczarowaniu widać, że naprawdę szukałaś w historii tego, co mogłoby Cię zachwycić. Świetnie pokazałaś też, skąd wzięło się Twoje rozczarowanie i jaki potencjał widziałaś w tej książce. Dzięki za tak szczerą opinię! 📚✨
OdpowiedzUsuńBardzo dojrzała recenzja. Najgorzej jest rozczarować się na książce, która miała wszelkie podstawy do tego, by zostać nowym ulubieńcem. Trafne uwagi co do pokazywania emocji zamiast opowiadania o nich, bo to faktycznie potrafi całkowicie zabić klimat.
OdpowiedzUsuń