„Diabła” pochłonęłam wcześniej niż „Gbura”, wiadomo. Przeczytałam go zarówno w oryginale, jak i w naszym tłumaczeniu. Nie żałuję absolutnie niczego. Wracam do tej książki już w tym tygodniu.
Bawiłam się świetnie. I chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałam. „Diabeł” nie próbuje być czymś, czym nie jest. To pełna humoru, przekomarzania i romantycznego napięcia komedia, która ma przede wszystkim dostarczać rozrywki. I robi to naprawdę dobrze.
Mamy tutaj wszystko, co uwielbiam w komediach romantycznych: świetny humor, błyskotliwe dialogi, wzajemne docinki i bohaterów, których po prostu nie da się nie polubić. Nawet jeśli na początku wydaje nam się, że Adrien Cloutier jest człowiekiem, z którym absolutnie nie chciałybyśmy mieć nic wspólnego.
Adrien to miliarder z piekła rodem. Bezwzględny, wymagający i zdecydowanie nieznający pojęcia wyrozumiałości. Wydaje się, że nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. Do czasu, aż na jego drodze pojawia się ona. Przez pozornie niewinny wybryk doprowadza do utraty największego kontraktu w jego karierze. Adrien nie zamierza jej tego odpuścić. Nie chce przeprosin. Chce zemsty.
W efekcie bohaterka trafia w sam środek układu, którego zdecydowanie nie planowała. Ma być na każde jego skinienie, spełniać jego polecenia i spędzać z nim zdecydowanie więcej czasu, niż ktokolwiek mógłby sobie wymarzyć. Problem w tym, że im więcej czasu spędzają razem, tym trudniej udawać, że między nimi niczego nie ma.
I właśnie ta relacja jest dla mnie największą siłą tej książki. Ich przepychanki, rozmowy i wzajemne podpuszczanie sprawiały, że niejednokrotnie uśmiechałam się do książki jak głupia. To jeden z tych romansów, w których naprawdę czeka się na kolejne spotkanie bohaterów, bo wiadomo, że będzie się działo.
Co ważne, nie tylko główna para zasługuje tutaj na uwagę. Bohaterowie drugoplanowi również są świetnie skonstruowani i wnoszą do historii mnóstwo humoru. Nie miałam momentu, w którym chciałabym przeskoczyć jakiś wątek. Wręcz przeciwnie – chciałam więcej.
„Diabeł” jest dokładnie taką książką, jakiej oczekuję od dobrej komedii romantycznej. Jest lekko, zabawnie, momentami absurdalnie, ale przede wszystkim jest CHEMIA. Taka, która sprawia, że po skończeniu książki człowiek chce natychmiast zacząć ją od początku.
Czy polecam? Polecam, polecam, polecam. A skoro przeczytałam ją już dwa razy i planuję trzeci raz, chyba nie muszę dodawać nic więcej.
Recenzja nie powstała we współpracy z wydawnictwem.

Kiedy ktoś wraca do książki po raz trzeci i czytał ją nawet w oryginale, to nie ma lepszej rekomendacji. Przekomarzania, błyskotliwe dialogi i prawdziwa chemia to dokładnie to, czego czasem najbardziej nam trzeba od lektury. Aż nabrałam na nią ogromnej ochoty.
OdpowiedzUsuńWIdzę, że ta książka posiada wszystkie elementy, jakie cenię w dobrym love story.
OdpowiedzUsuń